Był ostatnim zimowym wzmocnieniem ŁKS-u i szybko stał się ważną postacią drużyny walczącej o awans. Nie lubi, gdy nazywa się go bohaterem, ale na ostatniej prostej sezonu 2017/18 to głównie on trafiał do siatki rywali. Wojciech Łuczak w pierwszej części rozmowy dla TVP 3 Łódź opowiada m.in. o trudach minionego sezonu.

Mariusz Janik: Miniony sezon był twoim najlepszym w karierze?

- Wojciech Łuczak: Mam nadzieję, że takowy jeszcze przede mną. Zadowolony jestem z drugiej części sezonu, ponieważ grałem na swojej nominalnej pozycji. Będąc w Zagłębiu Sosnowiec – mówiąc brzydko – rzucano mną po boisku. Nie mogłem pokazać pełni swoich umiejętności. Jestem człowiekiem środka pola, lubiącym na boisku pracować. Takim, co pociągnie grę do przodu, ale i wesprze kolegów w defensywie.

- W 15. spotkaniach strzeliłeś 8 goli, do tego doszły asysty. Gdy zablokował się Jewhen Radionow, pociągnąłeś ten wózek. Wisienką na torcie były 3 trafienia w starciu z Siarką. Historyczny hat-trick na wagę awansu.

- Gram w piłkę od lat, ale faktycznie wcześniej nie udało mi się zdobyć trzech bramek w jednym meczu. Przepraszam, kiedyś wbiłem dziewięć goli… na WF-ie (śmiech). Nie istotne, kto strzelał, najważniejszy był wynik. Cały zespół zapracował na awans. Rzecz jasna cieszę się, że dołożyłem do tego cegiełkę. Przychodząc do ŁKS-u, mówiłem, że chcę uczestniczyć w sukcesach klubu. Nigdy nie rzucam słów na wiatr.

- Rozumiem, że z twoich ust nie padnie stwierdzenie, że za rok widzimy się w ekstraklasie.

- Apetyt rośnie w miarę jedzenia, a my nie jesteśmy minimalistami. Zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że przeskoczyliśmy na kolejne piętro, więc musimy mierzyć siły na zamiary. Należy skupić się na robocie i w każdym spotkaniu dać z siebie wszystko. Ciężka praca lubi ciszę, nie ma sensu pompować balonika.

- W pewnym momencie sezonu wydawało się, że ktoś zaciągnął hamulec i stacja z napisem I liga bezpowrotnie oddali się od łódzkiej lokomotywy.

- Nie zgodzę się z tymi słowami. Sukcesy rodzą się w bólach. Zawsze najpierw są: krew, pot i łzy, a dopiero na końcu pojawia się radość. Po świetnych występach przeciwko Warcie Poznań czy Radomiakowi, przychodziły spotkania, jak to przegrane ze Stalą Stalowa Wola. Paradoksalnie, Stal postawiła nam trudniejsze warunki od ww. faworytów. W piłce nie można nikogo lekceważyć, bez znaczenia, na jakim szczeblu się gra. W ŁKS-ie zawsze musimy liczyć się z tym, że naprzeciwko nas staną zawodnicy, dla których podwójnym motivum będzie wspięcie się na wyżyny swych umiejętności. Pokazanie, że nie pękają przed takim Łuczakiem. Ba, są od niego lepsi! Dzisiaj teoretycznie słabsi spokojnie mogą postawić się faworytom.

-  Niespodzianki są wpisane w futbol, ale nie da się ukryć, że na wiosnę faworyci zawodzili.


-  Patrząc na tzw. papiery, mieliśmy najsilniejszą drużynę w lidze. Pamiętajmy jednak, że w piłkę nie grają statystyki, ani CV zawodników. Umiejętności są ważne, ale jeszcze istotniejszy jest mental. Być może nie zawsze podchodziliśmy do meczu na wymaganym poziomie koncentracji, a bez tego trudno o dobrą grę. Polacy szybko odpadli z MŚ, ponieważ zawiodły głowy. W ŁKS-ie presja awansu była ogromna, odczuwaliśmy ją. Na szczęście na ostatniej prostej złapaliśmy bakcyla. Byliśmy mentalnymi zwycięzcami.

- Przychodząc do Łodzi z pierwszoligowego Zagłębia Sosnowiec nie czułeś, że wykonujesz krok w tył?

- Wielokrotnie mówiłem, że trafiam do w pełni profesjonalnego klubu. Korzystamy z bazy na poziomie europejskim, której kluby z ekstraklasy mogą nam zazdrościć. Mamy określone cele, które realizujemy. Awansowaliśmy, wkrótce ma zostać rozbudowany stadion, wspierają nas kibice. Idziemy do przodu.

- Niewiele brakowało, a grałbyś po drugiej stronie miasta.

- Nie było konkretów ze strony Widzewa. Nie wiem skąd się wzięły te błędne doniesienia. ŁKS był najbardziej zdecydowany. Poza tym, chciałem pomóc trenerowi Robaszkowi. Prowadził mnie dekadę temu w Piotrcovii. Pochodzę z niezbyt zamożnej rodziny, gdy potrzebowałem pomocy, on mi ją zaoferował. Szanuję go jako człowieka, uważam za doskonałego fachowca, ale przede wszystkim chciałem się zrewanżować za otrzymane wsparcie. Fakt, że się znamy, nie wpłynął jednak na to, że od razu wskoczyłem do podstawowego składu. Wykonałem ciężką pracę. Ci, którzy mnie znają, mogą to potwierdzić. Praca jest moją obsesją.

W drugiej części rozmowy, którą opublikujemy jutro, Wojciech Łuczak opowie m.in. o piłkarskiej przeszłości i krętych ścieżkach jego kariery